wtorek, 10 lutego 2015

Nadzieja matką głupich

Tomasz Kłuczyński - Dziękuję, że postanowiłeś poświęcić trochu czasu i skomentować rozdział pierwszy. Dziękuję za uwagi :)
Tak jak już wspomniałam, niestety zdaję sobie sprawę z tego, iż pierwszy wpis wyszedł mi przeciętnie, wręcz beznadziejnie w porównaniu do reszty. Sama nie wiem, dlaczego akurat tak go spieprzyłam. Możliwe, że jest to spowodowane tym, iż był to mój zalążek pomysłu. Pierwszy rozdział jakby otworzył mi dopiero bramę i wtedy zdałam sobie sprawę, że coś może z tego być.
Może kiedyś, jak zobaczę, że opowiadanie to czyta więcej osób i już dojdzie do, hym... Przyzwoicie dalekiego rozdziału, to może zdecyduję się na poprawkę rozdziału pierwszego ^^
Niemniej jednak dziękuję za zwrócenie uwagi. Nawet tego typu komentarze dają moralnego kopniaka do dalszej pracy ^^

Ayase - Heh, miło mi, że jeszcze ze mną jesteś ^^ Co do wampirów >.> Cóż... Prawda wyjdzie na jaw dopiero w rozdziale siódmym. :D
Racja, są oklepane, ale jeżeli zrobi się z tego coś innego i ugryzie temat ze strony, do której nikt wcześniej nie podchodził, to może coś z tego być. ^^ Od razu zwracam uwagę na to, iż nie ma księżniczki i przystojnego wampira, którzy będą przeżywali rozterki miłosne  *o*

Hitori - Ciesze się, że nadal się podoba ;D Łoł! Gerard!? Nie spodziewałabym się xd Wszyscy go raczej lubią, a tu taki zaskakujący wyjątek. Hah! Jestem z siebie dumna xd


Dziękuję za komentarze. Za każdym razem będę to robić i przypominać, że naprawdę wiele to dla mnie znaczy xd Ta.. >.>
Jak widać, (myślę, że Hitori wie o czym mówię xd) rozdziały są dodawane regularnie. Staram się aby było bez opóźnień i aby nie było sytuacji tak, jak w moim dawnym opku. 
Jednak, nawet jakbyście po tym opowiadaniu jeździli, to chyba i tak bym pisała. Zaskakująco cieszy mnie akurat to konkretne opowiadanie i dobrze się bawię pisząc je ^^


Jeśli są tu jacyś ninja >.>
<.<
>,>
Nie bójcie się wyjść na chwilę i zostawić po sobie śladzik ;D

Jeszcze raz dziękuję za komentarza, wsparcie, a także czytelnikom, którzy regularnie tu zaglądają.
Niech Lucyfer czuwa nad waszą duszą >;D

A tera, zapraszam! ^^





     Tamtą noc spędziła w kuchni, siedząc pod zlewem i paląc papierosa za papierosem. Koło trzeciej zgłodniała, więc zjadła przegotowane jajko z chlebem. Była już niemal pewna, że wampiry to postać fikcyjna, a bynajmniej nawet jeśli istniały, czuły one smak i zaspokajały głód zwykłym żarciem. Koło piątej zasnęła przy stole, z policzkiem przylepionym do blatu. Co parę minut budziła i zasypiała. Roztargniona wędrowała myślami gdzieś poza naszą galaktykę. Dopiero koło szóstej kochanemu braciszkowi zachciało się pić, wtedy też, zauważywszy rozwaloną na ziemi Raven, chwycił ją pod pachę i ledwo przytomną zaprowadził do pokoju.
     O poranku brutalnie poinformował ją zacny budzik, który wyrwał kobietę ze snu z siłą porównywalną do oberwania baseballówką w tył głowy. Czuła pulsujący huk w skroniach oraz nieznośny ucisk za gałkami ocznymi, jak gdyby miały zaraz wyskoczyć pod wpływem wielkiego ciśnienia, narastającego w całej czaszce. W ustach zaś czuła niedobór śliny, gardło piekło niczym rozgrzana latem, jałowa gleba.
     Z trudem zdołała rozkleić powieki, aby zerknąć, którą godzinę wskazuje busola.
    - Po siódmej.... - stęknęła, czując jak w żołądku toczy się krwawa wojna - Po siódmej - powtórzyła, jakby chciała się upewnić, albo przypomnieć czerwone cyferki, które widniały na zegarze. Leżąc na plecach, przyłożyła obolałą rękę do twarzy, aby po chwili unieść ją parę centymetrów nad oczami. Głęboka rana zdobiła wewnętrzną stronę lewej dłoni, nie była szeroka, jednakże rozległa, z powodu innych małych kawałków szkła, które z łatwością wbiły się w skórę. W ciągu jednego wieczoru nabawiła się dwóch okropnych blizn. Musiała być przeklęta.
     Z cichym stęknięciem podniosła się do siadu, aby następnie zebrać całą swą wolę i wstać z łóżka, do którego niemal się przykleiła. Pierwsze promienie słoneczne nieśmiało wkradały się do ponurego pokoju, w którym panował okropny zaduch. Firany tańczyły delikatnie z każdym kolejnym podmuchem. Chłodny, orzeźwiający wiatr wślizgiwał się przez lekko uchylone okno. Raven domyśliła się, iż Frank ją w tym wyręczył. Najwidoczniej z chwilą przekroczenia progu był bliski omdlenia.
     Kobieta zabrała z szafy rzeczy na zmianę. Czarną, męską koszulkę z zespołem Sex Pistols, rozpinaną bluzę, tego samego koloru rajstopy oraz krótkie, czerwone spodenki w kratę. W momencie, gdy udała się do ciasnej łazienki, miała ochotę rzucić się na cudowny wynalazek jakim jest prysznic i mocno go utulić. Nie sądziła, że jedna noc bez higieny, porównywalna będzie z tygodniem na woodstocku.
     Zdjęła z siebie przepocone rzeczy, wrzuciła je do kosza na pranie, po czym niezwłocznie weszła do kabiny. Gdy ciepła woda otuliła jej spięte mięśnie, fala fenomenalnych doznań rozeszła się po jej ciele, przyprawiając o delikatne dreszcze przyjemności. Wszystkie troski, złe wspomnienia oraz ból spływały wraz z brudem wprost do kanalizacji. Jednak gdy zaczęła przejeżdżać dłońmi po całym ciele, w celu dokładnego namydlenia go, natrafiła na chropowatą niczym bruk wyłożony żwirem, bliznę. Kobieta posmutniała, jednakże po chwili uderzyła otwartymi dłońmi o swoje policzki. Nie chciała popaść w depresję. Zawsze lubiła blizny, siniaki oraz zadrapania. Dlaczego więc miała się tak przejmować?
     Zakończywszy długi i orzeźwiający prysznic, wyszła z kabiny do zaparowanej łazienki. Przetarła dłonią lusterko, a na widok własnego odbicia niemal nie zeszła na palpitację serca. Odsunęła się dwa kroki do tyłu, stąpając mokrymi stopami po ciepłych płytkach podłogowych. Serce łomotało szybko, niczym ptak trzepoczący skrzydłami w ciasnej klatce. Uderzało rytmicznie o żebra, jakby chciało wydostać się na zewnątrz. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Podeszła bliżej, opierając lewą dłoń na wilgotnym lusterku, po którym powoli spływały krople wody. Przybliżyła twarz tak blisko, że omal nie zetknęła nosa z płaską powierzchnią. Drugą ręką, za pomocą palca, naciągnęła delikatnie dolną powiekę.
     Jej lewa gałka oczna pokryta była czerwonymi plamami, jakby ktoś nieporęcznie rozlał tusz na kartce papieru. Przy kąciku były gęstsze. Pomyślałaby, że po prostu w dziwaczny sposób popękały jej naczynka krwionośne, jednakże jej tęczówka zmieniła barwę z niebieskiej na szkarłatną. Otoczona była cienką, czarną obwódką. 
Miała dziwne poczucie, że jej organizm zaczynał się sypać. Co następnym razem? Obudzę się rano już jako zombie? - pomyślała, marszcząc delikatnie brwi. 
     - Raven!
Drgnęła, słysząc walenie w drzwi oraz krzyk Frank'a.
     - Czego? - zapytała, ściągając z wieszaczka biały ręcznik, aby się nim wytrzeć.
     - Długo jeszcze? - zapiszczał cichutko jak myszka.
Ciężkie westchnięcie uszło z ust kobiety. Zwinnie przywdziała czystą, pachnącą odzież, umyła zęby, po czym z ręcznikiem na głowie oraz zamkniętą powieką wyszła z pomieszczenia, do którego z kolei jak kometa wleciał białowłosy.
     Kobieta zrezygnowana poszła na dół, do kuchni, aby zrobić sobie kawę, z którą to usiadła przy stole. Nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w okno, za którym znajdował się zarośnięty chwastami oraz licznymi pokrzywami ogród. Poranne, niebieskie niebo skrywało się pod płachtą złocistych chmur, których zewnętrzna strona nosiła odcień czerni. 
Wpatrzona w ten piękny krajobraz nawet nie zauważyła, iż z kawy została tylko mokra plama na dnie kubka, a zegar na kuchence wskazywał dobre dwadzieścia minut po ósmej.
Zerwała się niemal w ułamku sekundy, pobiegła na górę i wpakowała do zgniłozielonej kostki zeszyty, zdjęła także ręcznik z głowy i szybkim ruchem przeczesała włosy palcami, po czym pędem ruszyła w stronę drzwi wyjściowych.
     - Cholera! - krzyknęła spanikowana, chwytając się za szyję. Tym razem wbiegła do pokoju rodziców na dole. Z szafy matki wyciągnęła jakąś czarną szmatkę, potocznie nazywaną arafatką, a następnie niezgrabnym ruchem nadgarstka, jakby chciała rzucić na kogoś fikuśne zaklęcie, owinęła ją sobie wokół szyi. Gdy była już skłonna ruszyć w stronę drzwi, nad komodą, w lustrze, spostrzegła swoje odbicie. Jej lewe oko nadal wyglądało jak przeżute przez psa. 
Uniosła drżącą dłoń do twarzy. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała pozbyć się problemu poprzez zwykłe wydłubanie, jednakże zdrowy rozsądek miał nad Rav władzę.
Przypomniała sobie, że przecież jej mama swego czasu używała soczewek koloryzujących.
     W duchu modliła się, aby znalazła pośród nich niebieską, gdy przeszukiwała szufladę w łazience na dole. I eureka, po kilku minutach szperania pośród pudełeczek, trafiła na opakowanie z błękitnymi. Kolejne parę minut męczyła się nad założeniem jej, jednakże w końcu się udało. Efekt nie był tak satysfakcjonujący jak z początkowego założenia, gdyż czerwonych plam nie potrafiła się pozbyć, jednak z tych łatwiej byłoby się wytłumaczyć.
Z uśmiechem na ustach ruszyła w stronę drzwi frontowych, nim jednak zdążyła chwycić za klamkę, te same stanęły przed nią otworem, a u progu pojawili się rozwścieczona matka z ojcem.
     - Całe szczęście, nic Ci nie jest! - powiedział delikatnie zarośnięty mężczyzna, z widoczną ulgą na twarzy.
Matka zaś, wpierw rzuciła się na Raven, ściskając ją mocno, po czym wyprostowawszy się, z miną kata wskazała na nią palcem.
     - Zero komputera - no jasne, pomyślała Rav - Szlaban na wychodzenie z domu. Żadnych imprez, koncertów spotkań z przyjaciółmi. Jeśli za każdym razem masz mi robić takie numery....
     - Mamo - przerwała jej delikatnie córka, unosząc dłonie w geście obronnym - Zostałam napadnięta. Ukradli mi telefon, dlatego nie mogłam zadzwonić. Przepraszam, że was niepokoiłam - oświadczyła ze skruchą.
     - Na...Napad... - kobieta o czarnych niczym smoła włosach, położyła dłoń na klatce piersiowej, jakby nie mogła złapać oddechu - Co Ci w takim razie odbiło, żeby wracać samej w środku nocy?! Nie sądziłam, że będziesz aż tak nieodpowiedzialna. Zgodziłam się na tą imprezę, bo...
     - Mary - wtrącił się ojciec, kładąc czerwonej jak piwonia kobiecie, dłoń na ramieniu - Zawiozę ją do szkoły - oświadczył, ratując córce życie.
Kobieta z kwaśną miną kiwnęła głową, a po chwili weszła do środka. Raven z ojcem wsiadła do czarnego volkswagen'a tiguan'a i ruszyli w stronę technikum, do którego uczęszczała.
     - Policja do nas dzwoniła - wypalił niespodziewanie, na co czarnowłosa odwróciła wzrok w stronę ojca - Poinformowali, że dzwonił mężczyzna, podał się za Twojego kolegę. Powiedział im, że odprowadził Cię do domu. Pouczyli nas też, żeby wcześniej upewnić się, że córka przebywa na imprezie.
Okłamał ich? Raven domyśliła się, że chodziło o Gerard'a. 
     - Trzeba ich powiadomić - zaproponował.
Kobieta drgnęła. Z powrotem odwróciła wzrok ku szybie, za którą jak szalone, uciekało rozmazane otoczenie.
     - Po co? Nic mi nie jest. Zgubiłam tylko telefon - odparła obojętnie. Chciała jak najszybciej zakończyć tą rozmowę - Znaczy, ukradli - lekko zmieszana, szybko się poprawiła.
     - Musisz złożyć zeznania - ciągnął, naciskając na ostatnie słowo.
     - Ale ja nie chcę. Zresztą niewiele pamiętam, a poza tym, policja nigdy nic nie robi - westchnęła - Daj spokój.
     Przez całą drogę nic już nie powiedział. Wiedziała, że jeszcze wróci do tego tematu, jednak nie miała zamiaru się tym przejmować. Gdy tylko wysiadła z auta, pożegnała się z tatą, który zatrzymał ją na chwilę, aby dać jej jakąś czarą cegiełkę i szybkim krokiem ruszyła w stronę wejścia do szkoły. Włączyła cegiełko-nokie i sprawdziła kontakty. "Mama, Tata, babcia - na cholerę był jej numer babci? Oraz Frank". 
     Gdy doszła do progu, zadzwonił dzwonek na przerwę. Ustawiła więc godzinę dziewiątą dwadzieścia pięć i ruszyła pod klasę, w której odbyć się miały zajęcia z wychowawcą.
     - Raven! - krzyknęła Emily, gdy Rav znalazła się przy drzwiach - Już myślałam, że nie przyjdziesz - jęknęła z troską. Czarnowłosa nie mogła uwierzyć, że uderzyła ją na tyle mocno, aby mógł zostać ślad. Lekko zaczerwieniony nos, który na grzbiecie posiadał małe pęknięcie, wyglądał, jakby przywalił mu co najmniej jakiś bokser. Chciała jeszcze raz przeprosić, jednak rudowłosa ją uprzedziła:
     - Podobno będziemy mieli nowych uczniów! - krzyknęła radośnie, widocznie podniecona ową wiadomością.
Raven uniosła delikatnie brew.
     - Nowych? - zapytała, chcąc się upewnić, iż dobrze usłyszała. 
     - No! Chyba rodzeństwo... - oświadczyła, a jej piegowate policzki zalała fala rumieńców.
Kobieta westchnęła ciężko. Domyśliła się, że chodziło o jakiś super przystojniaków. Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, jej uwagę przykuł krzyk, a zaraz po nim duży huk. Jej serce przyśpieszyło, a wzrok powędrował w stronę hałasu.
     - Matko, co za sierota - westchnął ciężko Ethan, opierając się o parapet.
     - Rzuciło Ci się na mózg?! - wykrzyknął z chrypką leżący na ziemi Jack - Chciałeś mnie zabić?
Metalowiec o długich, czarnych włosach sięgających do ramion, zgarbił się lekko i pochylił w stronę blondyna.
     - Wybacz, to zemsta za wczoraj - dwubarwne tęczówki wyrażały skruchę, ale i rozbawienie zarazem. Raven nigdy nie mogła napatrzeć się na jego oczy. Głęboki błękit, pokrywający lewe oko, prawe zaś, wiecznie lśniło soczystą zielenią, niczym świeżo przekrojone kiwi. 
     - Zemsta? - stęknął, przyjmując wyciągniętą w jego stronę dłoń - Sam żeś przywalił ryjem o słup - dodał z taką lekkością, jakby opowiadał o tym, co zjadł na śniadanie. Po chwili oboje wybuchnęli śmiechem i zniknęli gdzieś w tłumie uczniów.
     Przez kolejne dziesięć minut rozmawiała, cóż, może raczej słuchała podnieconej Emily, która rzekomo widziała jednego z "braci". Lily emanowała nieziemskim stoicyzmem. Uśmiechała się, czasem nawet wtrącała parę słów w przerwie na oddech rudowłosej. Zapowiadał się niesłychanie dobry dzień. Kobieta zaczynała mieć nadzieję, że ostatnie wydarzenia zostaną wymazane ówczesnym optymistycznym dniem. Może nawet ułomność jej oka zejdzie po paru godzinach? W duchu liczyła na to, iż na wszystkie jej pytania znajdowały się logiczne wyjaśnienia.
     Gdy w uszach uczniów zadźwięczał dzwonek oznajmiający o końcu przerwy, każdy zaczął zbierać się pod swoje klasy, wracając od przyjaciół, z toalety, czy też papierosa.
Lekko opalony, wysoki szatyn z okularami na nosie oraz dziennikiem w ręku, otworzył drzwi i gestem dłoni zaprosił do środka. Gdy każdy usadowił się na swym miejscu, wychowawca przywitał się i rozglądnął po klasie, najwyraźniej czegoś wypatrując.
     - Em, cóż... - mruknął pod nosem i z rozmachem otworzył dziennik. Przewracał kartkę za kartką, co chwila poprawiając palcem okulary ześlizgujące się z nosa.
     - Czyżbym się pomylił? - szeptał, zatrzymując najprawdopodobniej na stronie z ich klasą.
Raven siedziała w przedostatniej ławce, przy oknie. Jej towarzyszem niedoli była Emily, która z podpartą brodą na dłoniach z maślanymi oczkami wpatrywała się w drzwi od klasy.
     Wtem, razem z ciężkim westchnięciem Rav, owe drzwi otworzyły się bez żadnej zapowiedzi. Mężczyzna stojący u progu zmierzył klasę zimnym spojrzeniem, a Black omal nie wstała, z chęcią wyskoczenia przez okno.
Nagły ucisk w żołądku przyprawił kobietę o parę lodowatych kropli potu na skroni. Jej serce zakuło nieznośnie, jakby jakaś niewidzialna dłoń, brutalnie owinęła na nim swe palce w żelaznym uścisku. 
     - O-och, jesteście w końcu - zająknął się z wyczuwalną ulgą w głosie - Daimon i Kali LaVey... - zajrzał w dziennik lekko skrzywiony, jakby chciał się upewnić, iż dobrze przeczytał - Podejdźcie proszę.
Rav poczuła jak ostry ból przeszywa jej dźgnięte łokciem żebra.
     - Świetny nie? To jego dziś widziałam przy pokoju nauczycielskim - szepnęła podekscytowana rudowłosa. Raven z kolei, wcale nie było do śmiechu. Opuściła wzrok, a po chwili znowu wbiła go w mężczyznę. Mrugnęła parę razy, uszczypnęła się nawet w rękę z głupią nadzieją, iż były to tylko zwykłe przewidzenia. Niestety, nadal tam stał. Wysoki, otaczający wokół siebie dziwną aurę.
     Bordowe, najeżone zewsząd włosy. Były w kompletnym nieładzie, jakby dopiero co wstał z łóżka. Krótka, rzadka grzywka delikatnie otulała prawą stronę czoła. Przez sterczące włosy spostrzec można było przekłute uszy. W lewym, nim chłopak zdążył odwrócić głowę, dostrzegła tunel. Niewielki, mogła strzelić, iż miał dziesięć milimetrów. 
     Okrągła, niesamowicie blada, drapieżna oraz przerażająca twarz, pełna grozy i dzikości, przyprawiała ją o dreszcze. Jego lazurowe, przesiąknięte chłodem oczy, dumnie wpatrywały się w klasę, jakby z wyższością. Z uniesioną głową, spoglądał na nich jak na potępieńców.
Gdyby nie sytuacja z próbą zabicia, Rav mogłaby pomyśleć, iż był on zwykłym punk'owcem, buntownikiem, który swą postawą prowokuje do bójek. Jednakże na dnie jego zimnych oczu, skrywało się zdecydowanie więcej.
     Wyprostowane plecy, delikatnie umięśniona sylwetka, zaplecione ręce na wysokości klatki piersiowej. Okazywał tym sposobem swą obojętność. Gardził nimi, a Raven była tego szalenie świadoma.
     Kobieta zaś była całkowitym przeciwieństwem swego brata. Nie była chorobliwie blada, lecz niemal szara, jakby pigment w jej skórze zaczynał gnić. Srebrzysta. Tak mogła nazwać ten kolor, który idealnie pasował do jej śnieżnobiałych włosów, sięgających za szyję. Były falowane, rzadkie, wyglądały, jak gdyby jakaś niewidzialna siła unosiła jej kosmyki. Skierowane były we wszystkie strony, tylko grzywka idealnie gładka, otulała czoło Kali. Policzki oraz nos pokryte były delikatnymi, ledwie widocznymi piegami, jej oczy lśniły szarością, w których odbijała się nuda, jak i zdumiewająca apatia. Wydatne, pełne usta, pomalowane czarną szminką niemal prosiły się o to, aby je dotknąć.
     Raven po raz pierwszy w życiu poczuła zazdrość. Żal, iż matka natura nie potraktowała jej sprawiedliwie. 
     Wychowawca podał nowym plan lekcji oraz spis podręczników, po czym usiadł przy biurku.
     - Usiądźcie - rozkazał, wskazując ręką w stronę ławek.
Raven mimowolnie uciekła wzrokiem, gdy mężczyzna przechodził obok. Czuła jak się wpatrywał, dlatego tym bardziej, usilnie pragnęła utrzymać spojrzenie na blacie ławki. Żałowała, kurewsko żałowała, iż nie postanowiła zapuścić włosów, w których mogłaby się ukryć. Przyłożyła prawą dłoń do skroni, zagarniając za ucho kosmyk. 
I nagle to szurnięcie, towarzyszące przesuwaniu krzesła. Usiedli tuż za nią. Raven aż wstrzymała oddech. Emily za to kipiała ze szczęścia. Co chwile się odwracała, jakby chcąc coś powiedzieć, jednakże w ostatniej sekundzie rezygnując.
     Co mam zrobić, co mam zrobić? - spanikowana zaczęła zadawać sobie pytanie, które atakowało ją niczym armia klonów. Bała się odwrócić, poruszyć, wziąć głębszy oddech.
     - Hej Rav.... Tak właściwie, to co ci się stało w oko? - zapytała jak zwykle beztrosko, niemal wkładając jej palca między powieki.
     - Przewróciłam się i prawie wbiłam w nie kant stołu - oświadczyła, nawet na nią nie zerkając.
Emily zaśmiała się cicho, dzięki czemu Rav na dosłownie minutę rozluźniła spięte mięśnie. Jednak węże czarnych myśli nadal wiły się w jej umyśle, wbijały swe wielkie zęby pełne toksycznego jadu. Dźwięk dzwonka, informujący o końcu lekcji zadał ostateczny cios.
Co mam zrobić? Wybiec jako pierwsza, czy poczekać, aż opuści klasę? Pierwsza opcja wydaje się w miarę dobra, jednakże co, jeśli złapie mnie na korytarzu? Druga? Nie! Zostaje ryzyko, że zostanę z nim sam na sam w klasie - targana myślami, nawet nie spostrzegła, kiedy w klasie została tylko ona i szturchająca ją w ramie Emily.
     - Idziesz na stołówkę? Coś ostatnio za często odpływasz.... Zakochałaś się? - zapytała, ruszając w stronę drzwi - Nie... Na to już za późno. Coś się wydarzyło między tobą, a Gerard'em? - machnęła ręką na znak, aby Rav ruszyła dupsko - Nie, to też raczej mało prawdopodobne... - odpowiedziała sama sobie na gnębiące ją pytania.
     - Idź beze mnie - odparła tylko, nadal mocno wstrząśnięta informacją o tym, iż jej oprawca uczęszczał z nią do klasy.
Rudowłosa wydęła policzki i zmarszczyła brwi w geście niezadowolenia.
     - Eeeech... Nich będzie - szepnęła ledwo słyszalnie, po czym opuściła klasę.
Raven miała zamiar zmazać tablicę, gdyż taki był obowiązek ostatniego ucznia, zamknąć klasę, oddać kluczę do pokoju nauczycielskiego i zwinąć się do domu, pod pretekstem bólu brzucha. 
     Gdy uwinęła się z tablicą, chwyciła kostkę i z kluczami w dłoni ruszyła w stronę drzwi. Wtem, czarnowłosa zakołysała się niczym sztorm, a po sekundzie tkwiła przygwożdżona do ściany. Tak jak ostatnim razem, na jej szyi spoczywała zaciśnięta dłoń. Jednak tym razem była w stanie dostrzec całe oblicze mniemanego Daimon'a. To sprawiało, iż bała się go jeszcze bardziej. 
     - Rozczarowałaś mnie - zaczął chłodno. Jego twarz była przerażająco poważna, jednak w lazurowych tęczówkach spostrzegła iskrę frustracji. 
     - R- rozczarowałam? - jęknęła spanikowana. Oczekiwał przeprosin? Raven mimo obezwładniającego strachu, czuła wewnętrzny spokój. Wiedziała, że nic nie mógł jej zrobić w szkole.
     Uścisk na szyi zelżał i w tym samym czasie jego dłoń wylądowała na arafatce. Szarpnął z taką siłą, że kobieta stęknęła cicho, czując, jak coś głośno przeskakuje w jej karku. Jego wzrok powędrował w stronę blizny, wtedy też, twarz mężczyzny przybrała grymas niezadowolenia.
Prychnął pogardliwie i nawet na nią nie zerknąwszy, wyszedł z klasy. 
     Zdezorientowanej kobiecie niemal ugięły się nogi. Prawie się na nich słaniała, gdy szła korytarzem w stronę pokoju nauczycielskiego. Prawą dłonią starała się rozmasować kark, w którym czuła niekomfortowe gorąco, jakby ktoś oblał jej szyję wrzącą wodą. Była tak skupiona na tym, aby nie zaliczyć gleby, iż nie spostrzegła nadchodzącego w jej stronę Gerard'a i... Bum! Z łupnięciem zaryła pośladkami o zimne kafelki. Kilka śmiechów i szeptów ze strony przechodzących obok ludzi, wywołało na jej twarzy lekkie rumieńce zażenowania. Mężczyzna za to, niemal natychmiast rzucił się na ratunek. Chwycił ją za nadgarstki i jednym, delikatnym szarpnięciem postawił Raven na nogi.
     - Wszystko gra? - zapytał łagodnie, marszcząc delikatnie brwi.
Rav westchnęła ciężko i spojrzała w oczy mężczyzny. 
     - Chcę do domu - burknęła niczym naburmuszone dziecko.
Mężczyzna zerknął na nią, powstrzymując się od wybuchnięcia śmiechem.
     - Przecież dopiero co przyszłaś - stwierdził wesoło - Coś się stało? 
     - Nie lubię tego nowego gościa - palnęła bez namysłu. Zakryła usta dłonią, jakby w nadziei, że słowa te pojawiły się tylko w jej myślach.
Gerard spoważniał.
     - Coś Ci zrobił? - jego ton głosu zabrzmiał jak zwiastun apokalipsy.
     - Nic... Nic, znaczy. Nie! - zaplątała się dziewczyna, unosząc dłonie w geście obronnym. Na serdecznym palcu lewej dłoni spoczywał brelok z kluczami - Po prostu jest dziwny... W ogóle co to za imię. Daimon.... - zaśmiała się panicznie - Mogłabym tak nazwać psa. Tak, kupię psa i nazwę go Daimon - parsknęła, przykładając palca wskazującego i kciuka do brody, jakby w zastanowieniu.
Gerard nie zareagował. Jego mina wyrażała całkowitą apatię.
     - Taa... Imię to, to z tej epoki nie jest - stwierdził zamyślony.
Kobieta nie ogarniając aluzji, ponownie się zaśmiała.
     - heh! Ta, może jego matka chciała psa, ale nie wyszło... - Zaraz, co? Otwarta dłoń jej lewej ręki wymierzyła cios prosto w czoło.
     - Ja... Ja już pójdę - nie chcąc się dalej kompromitować, ominęła wrytego Gerard'a i ruszyła do tego cholernego pokoju nauczycielskiego.


     Gdy już załatwiła sprawę z kluczami, wyszła z budynku szkolnego, aby zapalić papierosa. Zostało jej jeszcze z trzy minuty przerwy, więc bez stresu ruszyła na palarnię, znajdującą się na "parkingu" dla uczniów. Wysokie drzewa klonowe ustawione były w rzędzie, zaraz za betonowym murkiem, na którym usadowili się palacze. Kobieta stanęła gdzieś na boku, odpalając papierosa. W między czasie stwierdziła, iż jednak urwie się z lekcji, nie informując o tym nauczyciela. Wolała uniknąć konfrontacji z potworem, który poszarpał jej szyję. Odwróciła się więc na pięcie i ruszyła w stronę parku. 
     Wtem, poczuła lekkie szarpnięcie do tyłu, a zaraz potem jej plecy zetknęły się z czyimś ciałem. 
     - A dokąd to się wybieramy? - zapytał z mściwym zadowoleniem. Lewym ramieniem owinął jej szyję, przyciągając ją bliżej, a także uniemożliwiając tym sposobem drogę ucieczki.
Kobieta wzdrygnęła się, czując na szyi jego ciepły oddech. 
     - Do domu - odparła łamiącym się głosem.
Mężczyzna chwacko sięgnął do jej prawej dłoni. Spanikowana drgnęła gwałtownie, chcąc się wyrwać.
     - Shhh - wyszeptał do ucha Rav. Chwycił w palce jej papierosa i włożył sobie między wargi.
Z daleka wyglądali jak zwykli znajomi, nie mogła więc liczyć na żadną pomoc, ze strony śmiejących się parę kroków dalej uczniów.
     - Racz wybaczyć, acz nie zamierzam cię tak puścić - powiedział ze znużeniem, zaciągając się dymem nikotynowym - A teraz, waćpanna zechce ładnie sięgnąć po to okropne urządzenie, zwane telefonem i napisać rodzicielce, że nie wróci na noc do domu... - powiedział z powagą. Jego usta jednak, wykrzywione były w obrzydliwym, triumfalnym uśmiechu.
     - Co?

czwartek, 5 lutego 2015

Gdzieś w mroku niepewności

Witam!  (Nowych czytelników ninja oraz pana Tomasza, który zdecydował się obserwować mojem opowiadanko ^^)
Bardzo mi miło. ;D

Oto kolejny rozdział moich wypocin i powiem wam szczerze, że coraz lepiej pisze mi się to opowiadanie. Sama wkręcam się w akcję, a nawet niekiedy zaskakuję pomysłami >.>
Mam nadzieję, że rozdział piąty przypadnie wam do gustu i zachęci do.... Co tu dużo mówić. Do czytania ^^"

Zapraszam do wyrażania swoich opinii. Serio, to bardzo motywuje ( nie żebym desperacko tego pragnęła xd)
No... Nie przedłużając! Życzę miłego czytania :)





     Pokój, w którym siedziała osnuty był dymem, przesiąknięty zapachem mokrych, ugaszonych w słoiku papierosów. Przez szczelnie zamknięte okno wpadały ostatnie promienie słońca, muskające delikatnie blade policzki dziewczyny. Oddychała spokojnie, jej klatka piersiowa równomiernie unosiła się i opadała, pomimo ciężkiego, dusznego powietrza, które nie miało dokąd uciec. Wzrok skierowany miała w szarą, obklejoną plakatami ścianę. Niskie biurko, przy którym siedziała na kręconym krześle, zastawione było różnego rodzaju śmieciami. 
Puste puszki piwa, które lubiła kolekcjonować, pogniecione kartki z nieudanymi rysunkami, plakaty debilnych zespołów, wczorajszy kubek po kawie. 
    Spojrzała w szerokie lustro, znajdujące się tuż nad biurkiem. Podkrążone, zapadnięte oczy, z których uciekło życie, intensywny błękit zmienił się w wyblakłe, zmącone morze nienawiści oraz zagubienia. Panowała w nich przerażająca pustka, jakby jej dusza została brutalnie wycięta.
Kim jesteś? - to pytanie przemknęło przez jej umysł niczym wystrzelony z lufy pocisk. Dlaczego nie mogła uwolnić się od tych wszystkich uczuć? Miała wrażenie, że traci nad sobą kontrolę. Zagubiona, porzucona.... - Kim jestem? 
    Delikatnie dotknęła palcami lewego policzka. Musiała sprawdzić. Przesunęła je w dół, zatrzymując na tętnicy. Strach powrócił, serce załomotało nieznośnie, a zimny pot otulił jej ciało. Dreszcze przebiegały po jej krzyżu raz po razie.
Drżąca dłoń.
Przyśpieszony oddech.
Uchylone w niemym krzyku usta.
Gdy je przycisnęła, poczuła go. Falisty ruch. Czuła, jak wraz z sercem, pod palcami pulsowało tętno. Czy coś to zmieniło? Raven nie poczuła ulgi, lecz kolejny natłok pytań, który brutalnie uderzył ją w twarz, niczym fale rozbijające się o stromy klif. Gdyby była pozornie martwa, odpowiedź stałaby się jasna, jednak w owej sytuacji została wciągnięta w czarną dziurę niepewności oraz zagubienia. Kim, a raczej czym była?
Co, jeśli Bóg istnieje i ocalił ją od śmierci? 
Jeśli powierzył jej jakąś misję?
Całe zasrane życie była ateistką, więc mimo, iż te myśli wtargnęły do jej mózgu, szybko je wygoniła.
    Niebo powoli spowijały barwy szarości, zwiastujące nadchodzący zmrok. Pomarańczowe promienie, które niczym rozlana farba, ozdabiająca szare ściany, zastąpione zostały mrocznymi cieniami. Jedynie światło mrugającej latarni ulicznej, oświetlało ciemność, w której Raven była pogrążona. Czuła się jak w opuszczonym psychiatryku.
Smród dymu nikotynowego.
Cisza, przerywana elektronicznymi dźwiękami, jakby ktoś przeciął druty wysokiego napięcia.
Rozlewające się po pokoju jasne światło, które znikało, aby za parę sekund ponownie się pojawić.
I... Skomlenie? Black może i czuła się jak chora, jednakże nie miała wątpliwości co do tego dźwięku.
Szuranie, pukanie, trzeszczące pod naciskiem schody, kroki i to przerażające skomlenie, wbijające się w czaszkę, drażniące mózg, niby dźgana rana zanurzonym w soli patykiem.
    Odwróciła się w stronę zamkniętych drzwi od swojego pokoju. Wpatrywała się w nie z takim skupieniem, iż pomyśleć by można, że była w stanie przejrzeć co znajduje się za nimi.
    - Wiedziałam - stęknęła, energicznie wstając z krzesła. Szła do tyłu, póki nie napotkała plecami okna - Wrócił po mnie - wychrypiała czując, jak jej gardło zamienia się w pustynię. 
    Pół godziny stała pod oknem nasłuchując dźwięków, jakie prawdopodobnie wydawał z siebie dom. Powoli zaczęła przyswajać do siebie tę wiadomość. Ostrożnie, na palcach ruszyła w stronę drzwi, do których przyłożyła ucho. 
Cisza.
Czyżby to sobie wyobraziła? Chwyciła za klamkę i szarpnęła, otwierając drzwi, za którymi było puste piętro. Niepewnym krokiem ruszyła przed siebie i wyglądnęła przez barierkę. Na dole także panowała ciemność, bez choćby najmniejszego ruchu. Rav odetchnęła głęboko, niemal zachłystując się uderzeniem świeżego powietrza.
    Wnet, z dołu doszły ją jakieś dźwięki. Jej serce nie mogło się uspokoić. W skroniach czuła nieprzyjemny huk, a oddech stał się cięższy. Miała tego dość. Strach obejmował ją tak mocno, że powoli zaczynała się męczyć. Prawie czuła, jak miażdży jej żebra, uciska płuca, przebite ostrymi kośćmi.
    - Raaaaveeen - cichy, stłumiony przez odgłos kroków półszept, który wzbudził w kobiecie naglą falę gorąca. Miała ochotę wejść do pokoju, zatrzasnąć się, ewentualnie wyskoczyć przez okno i pobiec na komisariat, jednakże adrenalina i instynkt kazały jej zejść na dół. Ruszyła więc niespokojnym, aczkolwiek ostrożnym krokiem w stronę spiralnych schodów. Nim z nich zeszła upewniła się, że nikt nie zmierza w ich stronę.
    Na parterze nikogo nie było. Boso stąpała po rozgrzanych kafelkach, rozglądając się na boki w poszukiwaniu zagrożenia. Poczuła zimny podmuch wiatru. Wtedy zorientowała się, że tylne, szklane drzwi były otwarte. Nim zdała sobie sprawę z tego co uczynia, stała już w kuchni, dzierżąc w drżącej dłoni nóż kuchenny.
Milczała, jednak nie chciała nań zbyt długo stać w miejscu i czekać, aż nieproszony gość weźmie co mu się żywnie podoba. Nim jednak zdołała zrobić jakikolwiek ruch, przed nią jak z ziemi wyrosła jakaś ciemna postać, owiana mrokiem. Na pierwszy rzut oka, wydawało jej się, że jego głowa posiadała długie, zakręcone rogi, jak u kozła. Zaczął się zbliżać, a Raven bezmyślnie pobiegła w jego stronę, z wyciągniętym do przodu nożem, który wszedł w przeciwnika jak w masło.
    - Zgłupiałaś?! - krzyknął panicznie chłopak o jasnych jak śnieg włosach. Kobieta spojrzawszy w dół zauważyła zaciśniętą dłoń na ostrzu noża. Odruchowo puściła rączkę i niemal odskoczyła od jasnowłosego chłopaka o dziecięcych rysach twarzy. Jego brązowe oczy wpatrywały się gniewnie w, jak się okazało, napastnika.
    - Przepraszam... Frank, cholernie cię przepraszam - jęknęła. I mimo, iż była niesłychanie zdezorientowana jak i przerażona, w jej głosie pobrzmiewała nutka ulgi.
    - Przepraszam? Kobieto, prawie wbiłaś nóż w swojego kochanego i przypominam, jedynego braciszka - oświadczył z żalem.
Rav westchnęła głośno, podchodząc do włącznika światła. 
    - Nie rozumiem, dlaczego się tak skradałeś
    - To, że nie zapaliłem światła, nie znaczy, że się skradałem - odparł oburzony, podchodząc do zlewu, aby wrzucić zakrwawiony nóż.
    - A tylne drzwi? - zapytała, siadając przy stole.
    - A jak niby miałem wejść przez frontowe? Przecisnąć się przez dziurkę od klucza? - warknął z irytacją, trzymając dłoń pod lecącą z kranu wodą.
Raven sięgnęła po paczkę leżącą na stole i odpaliła papierosa. Spojrzała na niego, wyraźnie zdziwiona nowym stylem brata. Zmienił się. Włosy przefarbował, kawałek lewego boku miał wygolony, jakby chciał pokazać, że w uchu posiada multum kolczyków. Kiedyś grzywka zasłaniała mu oczy, w tamtym momencie była delikatnie ścięta na prawo tak, aby sięgała tylko do brwi.
Jedynym co zostało niezmienne była jego nastoletnia uroda. Jakby został wyjęty z anime. Zgrabna sylwetka, lekko zgarbiona postawa, która ginęła pod większą, sięgającą do połowy ud kurtką. Czarne bojówki także były chyba o rozmiar większe.
    - Co Ci się stało? Wyglądasz jak...
    - Gówno? - dokończyła za niego.
Frank wykrzywił usta w półuśmiechu. Chwycił ręcznik, owinął go wokół ranionej dłoni i z cichym stęknięciem usiadł naprzeciwko siostry.
    - Dokładnie. Zresztą nie obraź się, ale jeszcze trochę i będziesz tak pachnieć - dodał zadziornie.
    - Ciężki dzień - odparła. Jakaś dziwna siła przyciągnęła jej spojrzenie w stronę białego ręcznika, na którym pojawiały się pierwsze plamy szkarłatnej, pachnącej krwi. Poczuła się głodna. 
    - Członek naszego zespołu został zabity - wypalił nagle, a Rav błyskawicznie straciła apetyt.
    - Zabity?! Który? Jak? Gdzie?! - sama nie wiedziała, na które pytanie pierw chciała znać odpowiedź. 
Frank westchnął z rezygnacją, rozkładając się wygodnie w sofopodobnym siedzeniu, które w rzeczywistości sofą nie było. 
    - Mark, perkusista do kurwy.... Lepszego nie znajdziemy. Pieprzony cwel! - rzucił, próbując opanować drżącą dłoń, zaciśniętą na ręczniku.
Rav przemknęła przez umysł bardzo nieprzyjemna myśl. 
    - C-co się stało? - zapytała niepewnie.
Białowłosy drgnął.
    - Mówiliśmy mu, żeby z tym skończył. Poszedł do jakiegoś kolesia po koncercie. Jebany diler! - nie potrafił się opanować. Wyglądał nieco śmiesznie, gdy z tak uroczym wyglądem zaczął przeklinać i marszczyć w gniewie brwi. Niemal, jak naburmuszone dziecko.
Raven westchnęła, czując jak jej serce wrzuca pierwszy bieg. Ponowna ulga. Okrutne? Cieszyła się, że jak na razie była jedyną ofiarą, która przeżyła spotkanie z wampiro-demonem.
    - Pieprzony sadysta tak poszarpał mu gardło, że głowa ledwo się trzymała - mruknął z lekką odrazą - W życiu czegoś takiego nie widziałem.
Raven aż wstała. Na jej twarzy malowało się przerażenie, pomieszane z niedowierzaniem.
    - Czym? - zapytała łamliwym głosem.
Frank spojrzał na nią skołowany.
    - A bo ja wiem? Nieważne, koleś się przyznał. Policja zabrała go parę dni temu na komisariat, a stamtąd do sądu. Facet trafił do zakładu psychiatrycznego - powiedział, podnosząc się do pionu - Szlag by to. Musimy znaleźć perkusistę, inaczej wrócę do szkoły - westchnął, idąc w stronę schodów.
Raven podążyła za nim wzrokiem.
    - Cholera. Aleś mnie załatwiła - mruczał pod nosem, ściskając zranioną dłoń - Zajebiście boli.... Jeszcze trochę i... - kobieta odwróciła się w stronę zlewu. Jego słowa zostały całkowicie zagłuszone przez intensywny zapach, który działał na nią jak lep na muchy. Jej zmysły słuchu jak i węchu się wyostrzyły. 
Kapiąca woda z kranu.
Uderzające krople o krawędź talerza, które w chwili zderzenia rozchodziły się na wszystkie strony, niczym wybuch bomby atomowej.
Zapach skórki od banana leżącej w śmietniku, za zamkniętą szafką.
Szelest firany, która na wietrze tańczyła niczym baletnica.
Ta słodka woń przyciągała ją jak ćmę do światła.
     Gdy znalazła się przy zlewie, spojrzała na nóż. Ciągle znajdowały się na nim krople krwi. Coś w jej głowie krzyczało "skosztuj!", jednak Raven zmusiła całą swą wolę aby odwrócić wzrok.
     - Skup myśli na czymś innym, skup je na czymś innym - mamrotała, ściskając skronie rękoma. Te słowa jednak tylko pogorszyły sprawę, gdyż zaczęły ją gnębić pytania, na które zapewne nigdy nie znajdzie odpowiedzi.
Co się z nią stało. Kim był jej napastnik, kim była Raven, przez kogo został zabity Mark, dlaczego diler przyznał się do zabójstwa, a przede wszystkim, jakim cudem trafił do oddziału zamkniętego?
Te mroczne scenerie, wżerające się w jej mózg, popędy, których nigdy wcześniej nie doświadczyła. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego do kurwy, spotkały ją te wszystkie okropne rzeczy.
     Usiadła na podłodze, opierając się plecami o szafki. Chciało jej się płakać. Była zagubiona i zdezorientowana, a po głowie chodziło jej już tylko jedno zdanie:
"Niech ktoś będzie dla mnie nadzieją, gdy się wykrwawię..."

środa, 28 stycznia 2015

Oto mam moje małe piekło

 Hitori - Dziękuję! ;D Nawet nie wiesz, jak takie komentarze motywują ^^ 
Cieszę się, że tak miłe słowa pojawiły się w Twoim komentarzu. Jestem szczęśliwa, że podoba Ci się mój styl pisma oraz to, że... No, że po prostu ze mną zostaniesz! ;D

Ayase - Ej, ej ej ;D Nie myśl sobie, że wspominać nie będę ^^ Jeśli znajdujesz czas na to, aby mnie komentować, to ja tym bardziej jestem zaangażowana, abyś dostała odpowiedź.
Cieszę się, że i ten rozdział Ci się spodobał! ;>

Mam nadzieję, że rozdzialik numer four także wzbudzi w was ciekawość i zachęci do dalszej obserwacji.
To dzięki wam siedzę i skupiam swoje myśli, aby nabazgrać coś wartego uwagi. Inaczej już dawno poszłaby oglądać tv xd
Osoby ninja także zapraszam do komentowania. Taki mały gest, a tak cieszy ^^"
Uwagi, jakieś błędy, śmiało. Nie wstydźcie się wytykać. ;)

Nooo. Ten rozdział wyszedł mi nieco dłuższy. Akcja powoli, bo powoli, ale rozkręcać się będzie coraz bardziej ;D

Może zechcecie mi napisać, czy jakaś postać przypadła wam już do gustu? A może którąś z nich macie ochotę wdeptać w ziemię? >.>
Zapraszam do czytania! Miłego "seansu" *o* 



    Przez całą drogę szła z przyłożoną do szyi dłonią, na co Gerard w ogóle nie zwracał uwagi. Inni zaś spoglądali na kobietę wzrokiem "Skąd ona uciekła", dlatego głowę schyloną miała w dół. Nie zmieniało to jednak faktu, iż chamskie szepty i śmiechy drażniły jej słuch. Jakby nie mogli być bardziej dyskretni. "Pan znalazł swą sługę?" - Nie przeczyła, przy nim może i wyglądała jak służąca. W końcu tak ciężko uwierzyć, że taki on oraz nędzna ona mogli iść obok siebie. Zwłaszcza w takim stanie.
     Albo wiecie co? Pierdolcie się! - pomyślała zirytowana. Nie miała zamiaru płaszczyć się przed tą zgrają idiotów i przyznawać im racji.
Szlag zaczynał ją trafiać. Te spojrzenia, w których dostrzec można było nutkę współczucia, jak i przeważającego obrzydzenia. Z każdą chwilą przyśpieszała kroku, chcąc znaleźć się już w domu. Pięść lewej dłoni miała szczelnie zaciśniętą mimo, iż ból z sekundy na sekundę stawał się coraz mniej znośny.
    Nie rozmawiali. Gerard z rękoma w kieszeni szedł spokojnym krokiem, z obojętnością patrząc wprost przed siebie. Słyszał. Wiedziała o tym, a mimo to nie zwracał uwagi na głupie docinki ze strony zazdrosnych, czy też wścibskich dziewcząt oraz chłopców.
Jakby na to nie spojrzeć, Raven nie mogła mieć pewności, czy widząc taką osobę sama nie zareagowałaby podobnie.
    Po niecałym kwadransie gehennego chodu u boku czarnowłosego, zza rogu wyłonił się mały, dwupiętrowy domek. Był ciemnoszary, zdecydowanie wyróżniał się spośród innych budowli. Jego miejsce było fatalne, gdyż znajdował się tuż przy głównej ulicy, obok krzyżówki. Dodatkowo paręnaście kroków po lewej, na wysokiej górze stał kościół. Co rano oznajmiał ją, iż czas ruszyć dupę i zacząć chwalić pana. Chrzanić to!
Prychnęła cicho pod nosem, kierując spojrzenie na przechodzące obok starsze panie. Także w tamtym momencie nie obeszło się bez plotek. 
    - Dziecko grzechu? - zaśmiał się, słysząc szept jednej fanatycznej staruchy.
Raven rozpromieniła się.
    - Jestem demonem - powiedziała beztrosko, pokazując mu znak pokoju. Jej uśmiech musiał wybić go z tropu, gdyż przez chwilę jego mina wyglądała tak, jakby się czegoś zląkł.
    - Dziwna jesteś... - wyszeptał, pocierając palcami kąciki oczu.
Z niewiadomych powodów, na jej sercu zrobiło się cieplej. Tak, była dziwna. Z szerokim uśmiechem pomachała mu na pożegnanie, na co on zareagował kompletną ignorancją.
    Weszła na niewielkie podwórko, zarośnięte krzakami, trawą i chwastami. Ogród od wieków nie był pielęgnowany, a to dlatego, że najzwyczajniej w świecie nikt nie miał na to czasu. Ojciec był lekarzem, toteż całymi dniami, a nawet nocami przesiadywał w szpitalu, matka zaś, pracowała w kancelarii prawniczej. Rzadko bywała w domu, ale i tak zdecydowanie częściej niż tatko. Miała jeszcze brata. Starszego o trzy lata. Dwadzieścia dwa, a nadal kiblował w technikum. Należał raczej do buntowników, utrzymujących się z zagranych koncertów. Był muzykiem. I to dobrym. Jego kapela podpisała już kontrakt, dlatego też stwierdził, że sra na szkołę. Raven przez to często zostawała sama w domu, nie przeszkadzało jej to, ale napawała się każdą chwilą spędzoną razem. Kochała ich i nic nie poradzi na to, że posiadała nudną historię. Jedynym newsem było to, że nie urodziła się w ślubnym związku, a ojciec w rzeczywistości nie był jej ojcem.
    Stanąwszy przy drzwiach, Black z zaciekłością zaczęła szukać kluczy. Kieszeń od spodenek, jedna, druga, trzecia.... Nie miała ich. Zgubiła nawet telefon!
    - Nie wierzę - mruknęła zdołowana, pocieszając się myślą, iż jak każdy przyzwoity amerykański domek, pod parapetem jednego z okien przylepiony był zapasowy kluczyk. Dzięki wam rodziciele! - krzyknęła radośnie w duchu, gdy przekręciła go w zamku, a drzwi stanęły przed nią otworem. W domu było ciemno, a przede wszystkim cicho. Z chwilą zamknięcia drzwi, wszystkie dźwięki zostały odcięte, brutalnie urwane niczym ginący w ciemności krzyk. Z kuchni dochodził tylko odgłos działającej lodówki oraz szumiącej zmywarki. Raven zdjęła buty i spojrzała przed siebie. Mały przedpokój robiący za altanę, był zawalony butami matki, po prawej bezpośrednie przejście do wielkiego pomieszczenia, służącego zarówno za kuchnię, jak i salon. Wielki, ustawiony w poprzek, drewniany stół, wykonany przez ojca, ozdobiony był bordowym obrusem. W domu przeważały kolory beżu oraz szarej, wyblakłej bieli. Przez tylne, prawie na całą ścianę szklane drzwi, wpadały wychodzące zza chmur promienie słoneczne, na tle których jak zwariowane, tańczyły drobinki kurzu. Pomarańczowe plamy rozchlapywały się na ścianach oraz meblach, tworząc tym samym dość melancholijny nastrój.
     Raven dopiero zorientowawszy się, iż ciągle trzymała dłoń na szyi, zdjęła ją i nie zastanawiając się dłużej wbiegła po schodach, aby następnie wejść do łazienki. W ogromnym lustrze, nad umywalką, dostrzegła swoje odbicie. Tylko czy to aby na pewno było ona? Delikatnie musnęła palcami twarz, która nadal była tą samą, należącą do Raven. Ślady łez na policzkach, rozmazany tusz do rzęs, kawałek błota na brodzie, zaschnięta krew na szyi.
Poza tymi małymi szczegółami nic się nie zmieniło.
Te same oczy, w odcieni głębokiego, czystego błękitu nieba.
Ten sam, mały nos.
Te same usta, kształtne, lekko wąskie, a zarazem wydatne.
Nierówno ścięta grzywka, zasłaniająca wysokie czoło.
I blizna. Nowa, brzydka, pokrywająca prawie całą szyję. Sięgała aż do samego obojczyka. Jak to możliwe, że żyła? Jakim cudem jedna noc wystarczyła na sklepienie się tak dużej rany? Gdyby nie ona, gotowa by pomyśleć, iż to wszystko było złym koszmarem, halucynacją spowodowaną nadmierną ilością alkoholu.
    Przyłożyła dwa palce do tętnicy szyjnej. Bała się docisnąć. Co, jeśli go nie wyczuje? 
Piekło ją gardło, zaschnięte niepokojem i lękiem. Głęboko w środku czuła ssące przerażenie. Strach obezwładnił jej ciało, wciągnął do wielkiej pustki, obejmując swymi zimnymi, kościstymi ramionami. Dreszcze niczym wściekłe mrówki zaczęły biegać po jej krzyżu, przyprawiając o złudne poczucie mdłości.
    Po pomieszczeniu rozszedł się dźwięk dzwonka, a Rav wyrwana ze swojego skupienia niemal krzyknęła. Kobieta zaprzestała czynności. Umyła dokładnie twarz, po czym pobiegła do swojego pokoju, aby zmienić górną część odzieży. Pierwszy raz w życiu włożyła na siebie czarny sweter z golfem. Pierwszy i obawiała się, że nie ostatni. Zbiegła po schodach do drzwi i z rozmachem je otworzyła. Niczym huragan wlecieli przez nie Ethan, Jack oraz Emily. Natomiast, zielonooka, urocza, niższa od Rav Lily rzuciła się na nią i przytuliła tak mocno, że Black mogła się poczuć jak zabawka z wyłażącymi gałami.
    - Co się z tobą działo?! Gerard napisał, że już jesteś w domu! - wykrzyczał oburzony Ethan, za co Jack porządnie zdzielił go w tył głowy.
    - To była moja kwestia! - rzucił gorzko.
Ethan z początku osłupiały, kopnął blondyna w piszczel.
    - Ups... Wybacz, trafiłem? 
Jack zgarbił plecy i uniósł kolano na wysokość klatki piersiowej, trzymając się przy tym za poszkodowane miejsce.
    - Zrobiłeś to specjalnie!
Mężczyzna zrobił minę skołowanego i kompletnie zdziwionego.
    - Serio? Nieee.... Celowałem w tego wielkiego karalucha - oświadczył, dyskretnie wskazując na Jack'a palcem.
Ciężkie westchnięcie Emily sugerowało, iż jak już zaczęli, skończą dopiero, jak walną sobie po ryju, dlatego też pociągnęła Raven oraz przykleszczoną do niej Lily i ruszyła w stronę stołu, przy którym kobiety usiadły.
    - Wyglądasz jak gówno - stwierdziła beztrosko rudowłosa, po dłuższej chwili.
Raven splotła palce. Zastanawiała się co odpowiedzieć. W głowie miała pustkę, Emily znała ją od podstawówki, doskonale wiedziała kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę. Nie mogła dać po sobie poznać, że wydarzyło się coś więcej niż nieudolna próba gwałtu. Przymknęła na chwilę oczy, odetchnęła głęboko, aby móc skupić myśli, a po chwili jej słowa zaatakowały falą przedziwnej historii, którą kobieta wymyślała na miejscu.

                                                                                     ***

    Nie wiele pamiętała z poprzedniej imprezy. Wpadła w panikę po tym, jak spostrzegła Gerard'a i jakąś kobietę razem, dobrze się dogadywali, przez co Rav poczuła się jak zbędny balast. Wyszła więc, ówcześnie wypiwszy całą butelkę tequili. Po drodze skręciła w jakąś uliczkę. Zrobiło jej się niedobrze, z wiadomych powodów. Wtedy też zaszedł ją od tyłu jakiś koleś, dzierżawiąc w dłoni mały scyzoryk. Lśnił barwą szkarłatu, jakby przed sekundą zanurzył się w czyimś ciele. Z zamkniętej pięści uderzył ją prosto w brzuch, co skończyło się natychmiastowym zwrotem wszystkiego, co przez całą imprezę zdołała wypić, czy też zjeść.
    Jak będziesz się opierać, wbije ci go prosto w serce, zagroził, machając scyzorykiem tuż przed oczyma Raven. Nie protestowała gdy mężczyzna opróżniał jej kieszenie, gdyż najzwyczajniej w świecie nie miała na to siły. Kobieta nadal dławiła się swoimi wymiocinami, co poniekąd uratowało jej dziewictwo. Napastnik skrzywił się, machnął dłonią i po prostu zwiał.
    Całą noc przeleżała w kałuży dopóty, dopóki z depresji nie wybawił jej Gerard.

    - Stąd brak odzewu. Cwel zabrał mi telefon - odparła na zakończenie, przeczesując dłonią wilgotne włosy.
Oblicze Lily ogarnęło coś na kształt rozczarowania, a po chwili jej delikatną twarzyczkę wykrzywił nieznany dotąd Raven grymas.
    - Co za baran! - krzyknęła oburzona, a kobieta nie mogła się domyślić o kogo jej chodziło. O napastnika, czy też Gerard'a. Sądząc po minie Emily, także trapiło ją to pytanie.
    - Cóż... Nieważne - dodała rudowłosa, klepiąc Lily po ramieniu, której zaświeciły się oczy - Musisz skontaktować się z rodzicami, bo z tego co słyszałam zgłosili już na policje twoje zaginięcie - oznajmiła z troską.
Raven bezradnie rozłożyła ręce.
    - Wspominałam już, że ukradli mi telefon?
    - Stacjonarny? - zapytała brązowowłosa Lily.
    - Albo zadzwoń z mojego - zaproponowała Emily.
Czarnowłosa zacisnęła dłoń na bliźnie, po czym przygryzła wargę.
    - Raz, nie mam stacjonarnego, dwa, nie znam numeru - mruknęła z wyrzutem, odwracając się za siebie. Spostrzegła Ethan'a oraz Jack'a. Ciągle się kłócili. Jakby całkowicie zapomnieli o tym, że przyszli tu dla Raven. Kobieta zapatrzona na chłopaków zaczęła się rozwodzić nad sensem tego całego cyrku. Dlaczego przez jedną noc wszystko tak karygodnie się spieprzyło? Co najgorsze, nie czuła się sobą. Dziwny niepokój osiadł na jej sercu niczym czarna ropa, miejsce ugryzienia niezmiernie piekło, częściowo nadal odczuwała wbite w szyję ostre, grube zęby, które powoli wyrywały sporą część jej ciała. 
Może została czymś zarażona?
Zmieniona, naznaczona, opętana....
A co, jeśli jest w śpiączce, a otaczający ją świat jest tylko nędzną podróbką? Iluzją, z której wybudzi się za parę, może paręnaście lat.
Albo najzwyczajniej w świecie jest chorą psychicznie osobą? 
A może była na haju? Ktoś przecież mógł coś wrzucić jej do piwa. W rzeczywistości nadal mogła być impreza, a ona leżała u kogoś w pokoju.
    Pytania gromadziły się w jej głowie jak śmieci na wysypisku. Więcej i więcej, nie mogła ich powstrzymać. 
Śmierć, upokorzenie, gwałt, ból, odraza...
Zgniłe, wszystko było zgniłe, śmierdziało rozkładem, glebą, nasiąkniętą krwią. 
Każdy się śmiał, te sztuczne, parszywe uśmieszki...
    - Raven
Tak, to było jej imię. Ktoś ją wołał, delikatny, zmartwiony głos prosił, aby się wybudziła.
    - Raven! 
Przeraźliwy krzyk. Dlaczego tak nagle się zmienił? Pełen rozpaczy, nienawiści oraz bólu. Boże, zabierz mnie z tej pustki...
    - Raven do cholery!
Trzask! - Pięść kobiety niczym strzał ze snajperki trącił Emily prosto w nos, z którego poleciała ciepła, szkarłatna ciesz. Black dyszała ciężko, z początku nie ogarniając w jakim miejscu się znajduje. Na jej skroni pojawił się lodowaty pot, którego pozbyła się szybkim ruchem dłoni. Przed oczyma miała niewyraźny obraz, jakby siedziała na diabelskim młynie. Potrząsnęła głową, widoczność powoli wróciła na swoje miejsce.
Emily leżała na ziemi, a Lily kucała przy niej, podając jej chusteczkę. Usta brązowowłosej poruszały się, ale Rav nie była w stanie zrozumieć treści. Po chwili jej spojrzenie zwróciło się ku czarnowłosej. Zmarszczone brwi w gniewie, błysk nienawiści w oku oraz krzyk, którego nie mogła usłyszeć.
    - Przepraszam! - wrzasnęła spanikowana, a wraz z tym słowem huk w skroniach zniknął, wzrok jak i słuch wróciły do normy, wtedy też Raven zdała sobie sprawę z tego, co uczyniła.
    - Co się stało? - krzyknęli niemal w tym samym czasie Ethan oraz Jack. Podbiegli do rudowłosej, która z kolei machnęła kilka razy dłonią, jakby chciała odpędzić muchę.
    - Spokojnie, nic mi nie jest... Zaskoczyła mnie - jej głos był delikatny, orzeźwiający, jak szum fal - Nie potrzebnie tak blisko podchodziłam - dodała, podnosząc się z ziemi.
Chłopcy stali jak wryci w ziemię, nie wiedząc co z siebie wykrztusić, Emily zaś wstała i z pokrzepiającym uśmiechem poklepała Raven po głowie.
    - Miałaś ciężki dzień. Mam nadzieję, że pojawisz się jutro w szkole - powiedziała, uśmiechając się ciepło. Raven nie miała pojęcia czemu, ale ten uśmiech doprowadzał ją do szału. Na dnie serca, jakaś jej cząstka miała ochotę brutalnie zedrzeć go z twarzy.

    - Przepraszam - wyszeptała po raz ostatni, gdy przyjaciele znajdowali się przy drzwiach wyjściowych. 
Lily nadal była w szoku. W jej oczach odbijało się pytanie "Gdzie byłaś", jednakże jak zwykle milczała. Jack oraz Ethan udawali, że sytuacja nie miała miejsca. Czarnowłosy metal pogłaskał kobietę po głowie i powiedział, aby się niczym nie przejmowała, Jack dodał tylko, że ma się wyspać, po czym wszyscy wyszli, zostawiając ją samą, w ciemnym, cichym mieszkaniu, po którym niczym duchy, snuły się przepełnione bólem, uczucia Raven.